Akcja uprzywilejowana – totalna abstrakcja?

4 września 2009

Pamiętam ze studiów, że akcja uprzywilejowana to nic innego, jak papier, z którym wiążą się dla danego akcjonariusza określone, dodatkowe przywileje. Czy w praktyce coś takiego w ogóle występuje?

Kapitał zakładowy spółki dzieli się na określoną liczbę akcji. Z reguły są to akcje na okaziciela, nieimienne. To znaczy do danej akcji nie jest przypisany jej właściciel, czy też na odwrót – do właściciela nie jest przypisana akcja. W sytuacji, kiedy dana akcja ma nieść ze sobą określone, dodatkowe prawa, musi się odróżniać od wszystkich innych. Dlatego jak sądzę musi być imienna, czyli przypisana do danego właściciela. To warunek pierwszy.

Co mogą dawać akcje uprzywilejowane. Widzę dwa kierunki. Po pierwsze może to być zwiększony udział w zysku przedsiębiorstwa. Większy w stosunku do tego, który należy się po prostu patrząc na statystyki. Po drugie może dawać większe prawo głosu na zgromadzeniu wspólników. Oczywiście fajnie by było mieć te opcje. Pytanie jednak czy w rzeczywistości jest to praktykowane. Przecież ten sam efekt można byłoby osiągnąć poprzez wykupienie większego pakietu. Po co więc te kombinacje?

W praktyce nigdy nie spotkałem się z akcją uprzywilejowaną. Być może taka kategoria funkcjonuje na rynku niepublicznym. Być może jest stosowana w ramach jakichś indywidualnych, zupełnie niestandaryzowanych ustaleń akcjonariuszu. Taki papier wartościowy jest po prostu dużo więcej wart, więc wyobrażam sobie, że zamiast akcji uprzywilejowanej można po prostu mieć odpowiednio więcej standardowych akcji i to wyjaśniałoby sprawę.

No nic. Poszukam więcej analogicznych anachronizmów w finansach.